„Do poczytania…” cz.5

Fragment książki „Dotrzymana obietnica”:

Dzień był rozbrzęczany. Niebo zmieniało barwy od indygo poprzez turkus i róż po głęboki granat, a potem zaczęło się robić coraz jaśniejsze. Wstałam
z materaca, na którym sypiałam w salonie. On leżał na piętrze. Rozpoczęłam zwyczajny dzień. Umyłam się, zjadłam tosta, zaniosłam mu filiżankę herbaty. Jęczał przez całą noc. Wiedziałam, że nie chciał tego robić, ale już od tak dawna był całkiem cicho. Nie mógł patrzeć na mnie ani ja na niego. Nie mogłam go przytulić, bo to by za bardzo bolało. Nie mogłam też spać przy nim, bo moje ruchy tylko wzmagały jego ból. Poszłam do garderoby, zgarnęłam jakieś ciuchy i ubrałam się szybko; czekało mnie mnóstwo roboty. Wiedziałam, że mnie obserwuje.
– Dlaczego za mnie wyszłaś? – zapytał.
– Bo jesteś wspaniałym człowiekiem – odparłam.
Uśmiechnął się.
– Nie dałem ci zbyt wiele, prawda?
Wcześniej wiele razy odpowiadałam na to: „Dałeś mi wszystko”. Tym razem nie powiedziałam nic. Słowo „miłość” padało między nami stanowczo zbyt często.
Poruszałam się powoli, miałam wrażenie, że oczy zapadły mi się do środka głowy. Patrzył, jak sprzątam w sypialni: zbieram czasopisma, opakowania po słodyczach rozsypane na szafce i podłodze, czekoladki i herbatniki. Ten dzień był jakiś inny; jakby słońce wzeszło nie w tym miejscu co zwykle albo nie wzeszło wcale. Zadrżałam. Poszłam do gabinetu i wzięłam się do pracy. Organizowałam tłumaczenia na dwie konferencje. Ranek minął szybko; dzwoniłam
do tłumaczy i klientów, by się upewnić, że wszyscy wiedzą, gdzie mają się pojawić i czego oczekiwać. Około południa wróciłam do sypialni. Oglądał transmisję z francuskich wyścigów konnych, ale od razu wyłączył telewizor.
– Masz ochotę na lunch? – spytałam.
Pokręcił głową, a następnie poprosił, żebym mu podała wniosek o uznanie inwalidztwa. Mieliśmy go już od pół roku, ale wciąż był pusty.
– Wypełnijmy go – powiedział.
Poszłam po dokument, wróciłam i usiadłam na krawędzi łóżka. Strzepnęłam z kołdry okruszki, a on podciągnął się wyżej.
Formularz był okropny: sześćdziesiąt stron pytań dotyczących wszystkich ułomności, jakie mogą przytrafić się człowiekowi. Czytałam na głos każde pytanie, po czym wpisywałam ołówkiem odpowiedzi, których mi udziela. Przy końcu każdej strony okazywało się, że uzyskał mnóstwo punktów niemal w każdej dziedzinie, z wyjątkiem zdrowia psychicznego, które było bez zarzutu. Około drugiej po południu formularz był wypełniony do połowy.
– Zmęczyłem się – oświadczył. – Dokończymy juro.
Idąc do drzwi, powiedziałam mu, że tak jak mi poradzono, zaniosę dokument do Obywatelskiego Biura Doradczego w Ripon. Ten formularz był już nieaktualny, powiedziano mi więc, żeby wypełnić go tylko na próbę, a oni go sprawdzą i pomogą mi złożyć wniosek o drugi, aktualny. Skinął głową i opadł na poduszki.
– Masz ochotę na lunch?
Pokręcił głową.
Od tej papierkowej roboty zachciało mi się spać. Zapytałam go, czy miałby coś przeciwko temu, że-bym ucięła sobie drzemkę.
– W żadnym razie. Odpocznij trochę.
Na palcach wyszłam z sypialni. Oboje słyszeliśmy brzęczenie w powietrzu. Było upalnie, chyba trzydzieści stopni w cieniu, siedemnastego lipca dwa tysiące trzeciego roku. Decyzję z pewnością podjął wcześniej. Właśnie spisałam czarno na białym cały jego ból. Z trudem mógł poruszyć wątłymi ramionami. Zdawał sobie sprawę, że już wkrótce to samo za-cznie się dziać z jego nogami. Zdrzemnęłam się ja-kąś godzinę i wróciłam do niego. Wszystko toczyło się jak zawsze, co najwyżej był trochę bardziej milczący.
– Dobrze spałaś? – zapytał.
– Tak. Czuję się dużo lepiej.

Zaszła w nim jakaś zmiana. Wydawał się jakby… oddalony.
– Przeszkadzałoby ci, gdybym wzięła sobie wolne do końca dnia?
– Ani trochę – odparł z uśmiechem. – Rób, co uważasz za stosowne.
– Muszę kupić coś do jedzenia. Pojadę do Pateley Bridge, przejdę się trochę, a później zajrzę do tej nowej włoskiej restauracji i zamówię na wynos pizzę z serem i sosem pomidorowym.
Leżał w łóżku – taki mały, blady, z zaciśniętymi ustami.
– Na pewno nie chcesz, żebym zawiozła cię do szpitala?
– Na pewno – odparł stanowczo.
Wyszłam.

W połowie drogi do Pateley Bridge zatrzymałam się w miejscu, w którym wiele razy urządzaliśmy sobie postoje. Roztaczał się stamtąd rozległy widok. Przy dobrej pogodzie widać było katedrę w York, a za nią ogromne kominy elektrowni w pobliżu Selby. Tym razem jednak niczego nie widziałam; w głowie miałam mętlik, oczy przesłaniała mi mgła zmartwienia. Wiedziona instynktem, zawróciłam do domu, do Paula. Zatrzymałam samochód przy tylnej werandzie, tam gdzie posadziłam pachnący groszek. Właśnie tego dnia zakwitł. Zerwałam kilka kwiatów, nalałam wody do małego szklanego wazonu i zaniosłam go do sypialni. Postawiłam na stoliku, opowiadając Paulowi o tym, co dzieje się w ogródku. Patrzył na mnie, ale był jakiś nieobecny.

Kup książkę w księgarni internetowej „Prószyński i S-ka” (kliknij tutaj).

Advertisment ad adsense adlogger